Wystarczy zrobić krok z plecakiem poza próg domu, a już zaczyna się podróż!
Wywiad z Patrykiem ‘Qki’ Kwelą, prepperem, fotografem i podróżnikiem.

2017-07-20
Wystarczy zrobić krok z plecakiem poza próg domu, a już zaczyna się podróż!<br>Wywiad z Patrykiem ‘Qki’ Kwelą, prepperem, fotografem i podróżnikiem.

Niezależnie od pogody i pory roku każdą wolną chwilę spędza poza domem. Nocleg pod gołym niebem to dla niego hotel miliona gwiazd. Wykorzystując dawne i nowoczesne techniki przetrwania, podczas wypraw w dzicz czy górskich wędrówek zdobywa kolejne szczyty i przekracza wewnętrzne bariery. Każda podróż uczy go pokory i udoskonala jego umiejętności i wiedzę, które w następnych wypadach pozwalają jeszcze lepiej przewidzieć nadchodzące zagrożenie. Sam określa siebie prepperem, jednak w jego sercu jest również miejsce dla survivalu, turystyki pieszej i bushcraftu. Qkiego można głównie spotkać w lesie, czasem na szlaku górskim, gdzie ze spokojem realizuje swoje pasje, jednocześnie dzieląc się niesamowitymi zdjęciami na swoim profilu na Instagramie.

Joanna Rassmus: Od zawsze interesowałeś się fotografią, jednak z czasem Twoje pasje zaczęły ewoluować i Twoja przygoda z outdoorem zaczęła wychodzić poza obiektyw, od czego się zaczęło?

Patryk ‘Qki’ Kwela: Od czasopism podróżniczych ;) Kiedy widziałem w nich niesamowite zdjęcia z różnych regionów świata, sam chciałem je zdobyć i zobaczyć. Pamiętam, że pierwsze podróże były z rodzicami, zazwyczaj wyjazdy nad polskie morze lub zwiedzanie zamków. Natomiast pierwszym poważnym szlakiem przebytym pieszo, był Szlak Orlich Gniazd, na którym to dowiedziałem się, jak bardzo jestem nieprzygotowany. Jednak zobaczyłem, co chciałem, przeżyłem przygodę młodości, a pasje przeniosłem nie tylko na polskie góry, ale i na rodzime Bory Tucholskie. Z czasem mierzę coraz wyżej i planuje coraz ciekawsze trasy.

JR: A skąd pomysł na skałki?

PK: Pasja wspinania sportowego narodziła się w gimnazjum dzięki wspaniałemu nauczycielowi geografii, propagatorowi spędzania czasu na świeżym powietrzu wśród młodzieży z Bydgoszczy, Dariuszowi Suchomskiemu, himalaiście i alpiniście, dzięki któremu wchłonęła mnie gorączka gór, wspinania w jurajskich skałach i na polskich panelach wspinaczkowych. Wspinanie sportowe daje mi dreszczyk emocji i specyficzny rodzaj wolności, wolność od grawitacji i niekonwencjonalnego sposobu poruszania się w przestrzeni, pokonywania trudności terenowych i swoich fizycznych i psychicznych barier. Zaniedbałem ten sport, nie wspinam się już regularnie, ale raz kiedyś wyskoczę w znany mi rewir wspinaczkowy w Bydgoszczy, i relaksuję się w ten sposób.

JR: Posiadanie autorytetu w dzisiejszych czasach może być trudne ze względu na tempo życia, samozwańców czy modę tworzenia specjalistów na podstawie jednego programu. Mimo tych czynników masz osobę w swoim życiu, którą możesz określić wzorem?

PK: Mam kilka największych autorytetów, jednak trudno wymienić tylko jeden, bo każda z tych osób jest dla mnie ważna na innym poziomie. Może wymienię tych kilku najważniejszych. Darek Suchomski, o którym wspomniałem wcześniej – alpinista i himalaista, mój nauczyciel geografii z gimnazjum, który swoimi opowieściami zaraził pasją do podróży oszczędnych w wygody, ale za to przepełnionych doznaniami estetycznymi, ludźmi i górami. Aleksander Supertramp, czyli Christopher McCandless, autentyczny podróżnik amerykański, którego poznałem dzięki filmowi Into the Wild, człowiek prawdziwie wolny, buntownik, ale też doskonały przykład tego, że z naturą się nie igra. Martyna Wojciechowska, osoba o dużej skromności, która wysiłkiem i wielką pracą ukazuje w swoich książkach i programach prawdziwość kultury danego miejsca i codzienność życia tamtejszych ludzi, ludzi takich jak my sami. Aleksander Doba, chociaż obszar tego rodzaju podróżnictwa jest mi daleki, to on pokazuje mi wolę walki o cel, który człowiek sobie zakłada, a jego niezwykła pogoda ducha i niesamowite historie motywują do działania.

JR: Wiadomo, że z czasem poziom trudności wypraw eskaluje i wymaga większej ilości czasu na przygotowanie. Czujesz, że podróże stają się dla Ciebie bardziej sposobem na życie, niż hobby?

PK: Po części jest to sposób na życie, bo podróże mnie definiują i to dzięki ludziom, których poznaje na swojej drodze i zdjęciom, które zrobię, mam wspomnienia dające życiu sens. Z drugiej strony to cały czas hobby i pasja, odskocznia od dnia powszedniego. Czy ewoluuje? Tak, próbuję nowych rzeczy, nie ograniczam się do trekkingu tylko w Tatrach, ale podróżuję od morza, przez szlaki nizinne, wyżynne i górskie. Sypiam w namiocie, gdzieś w lasach Pomorza, w hamaku, pod plandeką na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, jak i w schroniskach, gdzieś wysoko w górach. Nigdy nie ograniczam się do jednej formy aktywności czy rejonu.

JR: Masz jakąś szczególną myśl lub ideę, która Tobie towarzyszy w wyprawach?

PK: Raczej brak idei, głównie chodzi o wyciszenie się i paradoksalnie ucieczkę od tłumów ludzi z dnia codziennego ;) Czasem, a nawet bardzo często celem jest sama droga i podróż, powłóczenie się po okolicy, po bliższych lub dalszych szlakach, poznanie nowych i ciekawych ludzi, kultury i religii, których nie miałem okazji poznać w domu, spróbowanie jedzenia, którego sam nie przyrządzę. Droga to wszystko, co ją otacza, nie meta czy miejsce docelowe.

JR: Łączysz ze sobą wiele pasji outdoorowych – jednak wśród Twoich zdjęć najbardziej się wyróżniają podróże i prepping. Widziałam, że zdobyłeś Polską Alaskę…

PK: Góry Izerskie to przepiękne miejsce nie tylko dla piechurów jak ja, ale także rowerzystów, biegaczy, czy narciarzy. Mnóstwo niezbyt stromych tras, dzika natura i zimno, w końcu to Polska Alaska. Tylko mała część gór Izerskich leży na terenie Polski, zdecydowanie większa jest po stronie Czeskiej. Niezwykły urok tego miejsca, dzikie potoki, niezbyt strome, ale długie podejścia, torfowiska, i piękna surowa przyroda. Klimatu dodają też wiaty turystyczne, z których czasem korzystałem podczas nocowania. Niestety wiatting, czyli korzystanie z wiat (tymczasowych schronień) jest w Polsce mało powszechne, a niestety i kultura dbania o takie miejsca nie należy wśród Polaków do najlepszych.

JR: Wiatting? Opowiesz nam coś więcej, bo pierwszy raz spotykam się z tym określeniem. I jedyne, co przychodzi mi na myśl, to plażowe parawany ;)

PK: Wiatting jest świetną pomocą przy tzw. Ultra Light Trekkingu, a także każdej działalności outdoorowej. Zdobywając kolejne szczyty, pokonując szlaki, na ich drodze często można spotkać coś, co można określić jako Wiata, czyli zadaszenie. Takich wiat turystycznych w całej Polsce jest ogrom, niektóre przystosowane do czegoś więcej, niż tylko zatrzymanie się na kanapkę. W górach możemy spotkać wiaty typu skandynawskiego z zorganizowanym miejscem na nocleg i palenisko. Często są to szałasy pasterskie, bacówki. Można z nich korzystać oczywiście dbając o czystość i nie niszcząc wspólnego dobra. Na świecie w górach znane są dobrze przystosowane kontenery z przygotowanym drewnem na opał, lampami naftowymi, a nawet awaryjną konserwą. Wiatting to po prostu korzystanie z takiej zabudowy; to duża wygoda, ponieważ z głównego bagażu odchodzi namiot – na głowę nie pada, nie odczuwa się wiatru. Czasem bywa zimno, ale urok spania w takich miejscach jest nieoceniony.

JR: Z Twoich zdjęć i opowieści o podróżach, wydaje mi się, że słowo „zwiedzanie” to w Twoim przypadku niezbyt trafne określenie, bo czuć, że bardziej żyjesz w danym miejscu, poznajesz je i zżywasz się z nim. W jakich jeszcze miejscach udało się Tobie być?

PK: W Polsce byłem w wielu zakątkach, od wybrzeża po góry. Kocham i uwielbiam Jurę Krakowsko- Częstochowską, do której często wracam, chociażby dla szlaku Orlich Gniazd. Tatry i ukochane szlaki Tatr Wysokich, i niesamowity klimat schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Bieszczady, od szlagierów po uwielbiany przeze mnie temat doliny Sanu, szlaków przyrodniczych, spalonych wsi i cerkwi. Bory Tucholskie, Pomorze, pomniejsze rezerwaty w Polsce. Zwiedziłem trochę Francję (Paryż, Troyes, Dijon), poznałem dobrze Hiszpanię, szczególnie te największe miasta jak Madryt, Barcelona, Bilbao, objechałem wyspę Gran Canaria, mieszkając trochę czasu w Las Palmas. Pokochałem Bałkany, ich kulturę, historię i skomplikowane relacje. Aktualnie jednym z moich planów jest zdobycie Korony Gór Polski, ale to długoterminowy cel ze względu na pracę i różne plany podróżnicze poza granicami Polski. Na ten moment, w 2-letnich planach chcę zobaczyć Grecję i Włochy. W tym roku Ukraina, Kijów no i wyczekiwany od wielu lat Czarnobyl.

JR: Która ze zrealizowanych podróży była najbardziej wyczerpująca, a która najbardziej satysfakcjonująca?

PK: Najbardziej wyczerpująca była pierwsza wyprawa w Jurę Krakowsko- Częstochowską z powodu olbrzymich upałów i wtedy jeszcze małego doświadczenia. Jeśli chodzi o najbardziej satysfakcjonującą, to okolice jeziora Ochrydzkiego i Prespańskiego w Macedonii – piękne widoki. W Polsce zdecydowanie Bieszczady, Krywe w dolinie Sanu – dzikość i otaczająca pustka.

JR: A co Trasą Transfogarską, bo na swoim profilu ogłosiłeś, że chcesz ją zdobyć w tym roku. Skąd pomysł na ten kierunek i czy starczy Ci czasu na wszystko?

PK: Wybór na Transfagarasan padł przez Magazyn Traveler, który mnie przekonał, że jest to jedna z najpiękniejszych tras w Europie. Rumuńskie Karpaty, wymagająca trasa, zamek Vlada Palownika i piękne widoki. Jeśli wszystkie plany się powiodą, to już w sierpniu pokonam tę trasę pieszo. W alternatywie mam wyjazd do Czarnobyla, o którym wspomniałem wcześniej. Trasę Transfogarską, jeśli nie uda się w tym roku, przełożę na następny rok. Jest to wymagający krok, ponieważ Karpaty Rumuńskie weryfikują umiejętności i hart ducha. To przygotowanie nie tylko logistyczne i sprzętowe, ale także fizyczne i psychiczne.

JR: A nocleg? Będziesz spać w schroniskach/punktach noclegowych czy pod gołym niebem?

PK: Namiot, hamak, plandeka. Tyle mi wystarcza. Hotel miliona gwiazd :)

JR: Właśnie, podróż to nie wszystko, są jeszcze przygotowania – jak one wyglądają w Twoim przypadku?

PK: Przygotowania trwają od wczesnych faz pomysłu, kupienia mapy i określenia tras i szlaków, wyznaczenia terminu, często tez załatwienia dodatkowego wolnego dnia od pracy. Gdy logistycznie jestem przygotowany, zaczynam pakowanie, przygotowanie jedzenia, ubrań, sprawdzenia pogody, i w drogę. Jakie to proste – wystarczy zrobić krok z plecakiem poza próg domu, a już zaczyna się podróż.

JR: A jak reaguje Twoja rodzina czy dziewczyna, gdy mówisz, że wyjeżdżasz na kilka dni i nie będzie z Tobą kontaktu?

PK: Rodzice są przyzwyczajeni, rozumieją, że to moja pasja i pomagają mi, jak potrafią. Moje dziewczyna bardzo mnie wspiera i rozumie, że bez tego nie umiem żyć, jeździ ze mną czasem na campingi.

JR: W drogę wyruszasz nie tylko sam, ale również w grupie; w krytycznych sytuacjach zostajesz zdany sam na siebie czy staracie się zawsze trzymać w grupie?

PK: Zawsze trzeba trzymać się w grupie, kupy nikt nie ruszy ;)

JR: Jest dla Ciebie jakaś granica wieku, do której postanowiłeś zrealizować jakieś trasy?

PK: Granice wieku pod konkretne podróże mam, ale tylko dla celów logistycznych, by samemu się napędzać, jak zdobycie Korony Gór Polski przed 30, to dużo czasu, i spokojnie dam radę, ale motywuje to do kolejnych wyjazdów. Największy problem jest z czasem wolnym, później z pieniędzmi. Najlepiej byłoby mieć sponsora i nie martwić się o fundusze, lecz przy moich pomysłach i chęci zobaczenia wszystkiego, kultury, dzikości natury czy poznania ludzi, takich sponsorów nie ma. Wiec podróżuje tanio, i tak jest najwygodniej.

JR: Do 30-stki jeszcze trochę czasu jest ;) Skoro już wspomniałeś o wieku, to swoje 26. obchodziłeś na Śnieżniku – to trochę nieszablonowa forma świętowania.

PK: Swoje urodziny spędzam od kilku lat w terenie, a że urodziłem się w styczniu, to są to wyprawy zimowe. Często spędzam je z przyjaciółmi, idąc po prostu na szlak w Borach, lub jak rok temu zdobywając Śnieżnik w niesprzyjających warunkach (silny wiatr, mróz i ogrom śniegu). Pamiętam, że na szczycie zamarzały rzęsy, ale chyba o to chodzi, żeby mieć wspomnienia, to najlepszy prezent. Później w schronisku na szczycie z nowopoznanymi ludźmi uczciliśmy moje zbliżające się święto. A w domu, oczywiście w innym terminie, z przyjaciółmi poprawiliśmy, więc nie mam czasu się nudzić. Wyprawy urodzinowe mają swój niesłychany urok i wdzięk, ale są bardzo męczące.

JR: Oprócz bycia podróżnikiem, mówisz przede wszystkim, że jesteś prepperem. Określasz też siebie jako survivalowca – masz jakiś sposób na trenowanie swoich umiejętności przetrwania w dziczy czy "idziesz na żywioł"?

PK: Raczej idę na żywioł, po prostu idę do lasu z podstawowymi narzędziami i żyję. Rozpalę ogień, przygotowuję coś dobrego do jedzenia. Przyroda daje nam wszystko, by przeżyć.

JR: Wspomniałeś o narzędziach, to przy okazji zapytam, co zawiera Twój zestaw EDC?

PK: Samo pojęcie EDC to określenie rzeczy, które zawsze się ma przy sobie, nawet wychodząc na 10 minut do sklepu. Moje EDC, które zawsze mam, to portfel z dokumentami i kasa, klucze z pojemnikiem na kilka tabletek przeciwbólowych, multitool Leatherman Sidekick, latarka Olight s20, folder Ontario RAT1 (lub inny, zależy od humoru), no i zegarek G-Shock Mudman. Są to rzeczy, które mam zawsze. Sprzęt na wyprawy się zmienia w zależności od sezonu, pogody, terenu czy rodzaju wyprawy.

JR: Pewnie Mors Kochański jest Tobie znaną osobą, zgodzisz się z jego stwierdzeniem, że im więcej wiesz, tym mniej nosisz?

PK: Po części. Przemyślany ekwipunek może bardzo ułatwić nam życie. Połączenie wiedzy, umiejętności i ekwipunku to najlepsze, co można zrobić.

JR: Pamiętasz swoją pierwszą wyprawę survivalową?

PK: Survivalu nie da się zaplanować. Kiedy się jedzie do lasu i chce się z nim koegzystować, to wtedy jest bushcraft. A kiedy natrafi się na sytuację kryzysową i musisz sobie radzić to survival, a gdy jedziesz ze sprzętem biwakowym lub outdoorowym to camping. Oczywiście to wszystko się może mieszać. Jeśli chodzi o wyprawę survivalową, to czegoś takiego nie ma. Survival to sytuacja kryzysowa, można trenować poszczególne rzeczy jak budowa schronienia, nawigacja, zdobywanie wody i pokarmu. Jednak survivalu samego w sobie nie da się ćwiczyć.

JR: Czyli dość często oferowane w Internecie wyprawy albo szkolenia survivalowe to po prostu forma campingu?

PK: Z definicji, tak. Tak jak mówiłem, szkolić i ćwiczyć można, i trzeba. Szkolenia survivalowe to nauka przez praktykę, lecz bez realnego zagrożenia.

JR: To może inaczej – z jakim największym/najcięższym zagrożeniem przyszło się Tobie do tej pory zmierzyć?

PK: Kiedy przemierzałem Bieszczady, nadciągnął Orkan, zaczęło bardzo mocno wiać i grzmieć, wokoło słychać było łamiące się drzewa. Było to przerażające. Udało się to jakoś przetrwać, na szlaku było sporo połamanych drzew, więc zgubiłem oznaczenia. Jakoś sobie poradziłem, chociaż w głowie miałem plan awaryjny jak przetrwać tę noc.

JR: Czyli udało się Tobie dotrzeć do schroniska, czy musiałeś noc spędzić na otwartej przestrzeni?

PK: Udało mi się dotrzeć do schroniska. Warunki atmosferyczne były ciężkie, strasznie wiało i padał deszcz ze śniegiem. Jednak konsekwentne parcie do przodu, mimo braku oznaczeń na szlaku, i skrupulatna analiza mapy, umożliwiły mi bez zawracania wrócić na drogę do schroniska i dotrzeć do celu. Tego też uczy sztuka przetrwania, nie tylko umiejętności praktycznych, ale też konsekwencji swoich działań, spokoju, i przemyślanych kroków jak wyjść z zagrożenia.

JR: A gdybyś miał wybrać, która najważniejsza rzecz, a może umiejętność pomaga przetrwać w sytuacji kryzysowej, to co to by było?

PK: Żadna rzecz nie pomoże w przetrwaniu jak Twój własny umysł i doświadczenie. Tylko zdrowe i trzeźwe myślenie w każdej sytuacji kryzysowej potrafi wyciągnąć z najgorszej opresji. Survival to nie tylko sytuacje gdzieś daleko od domu, to sytuacje, które mogą nam się zdarzyć w środku miasta, to sztuka przetrwania i pokonania kryzysu. Z rzeczy, wybrałbym dobrze skompletowaną, nawet najmniejszą apteczkę.

JR: Pewnie dostrzegasz trend, że wiele osób, coraz częściej interesuje się sztuką przetrwania i stosuje zamiennie określenia survival, bushcraft, prepping. Faktycznie te dziedziny są ze sobą połączone?

PK: Oczywiście. Survival jest łącznikiem między bushcraftem a preppingiem. Bushcraft to koegzystowanie z naturą, przygotowanie się do życia w lesie czy na dziko, budowa schronienia nie awaryjnego, ale do życia na co dzień, budowa narzędzi. Prepping to myśl przewodnia, przygotowanie się do sytuacji zagrożenia w postaci przygotowania miejsca, w którym się żyje jak np. dom, zapasy wody, żywność w puszkach, ale nie tylko… Prepping to też umiejętności survivalowe jak ewakuacja z miejsca zagrożonego, czy bushcraft, czyli bytowanie w nowym, dzikim środowisku.

JR: Myślisz, że przez dość intensywną popularyzację survivalu, w tym militarnych trendów, ten obszar outdooru może spowszednieć?

PK: Myślę, że to dobrze, że popularność tego typu spędzania aktywnego wypoczynku się rozszerza. W czasach totalnego lenistwa, komputerów, smartfonów coraz modniejszy jest survival i różne rodzaje aktywności militarnych, lub paramilitarnych, jak ASG, paintball, bushcraft. Im więcej ciekawych ludzi do poznania, posłuchania historii i przygód innych tym większa chęć przeżycia swojej własnej.

JR: Wydaje mi się, że w społeczeństwie panuje częściej pogląd, że prepper to osoba, której nie można traktować poważnie, bo przygotowuje się na atak zombie lub rzeczy mogące wydarzyć się tylko w filmach. Jak myślisz, skąd takie podejście? Można je jakoś zmienić?

PK: Skąd te opinie, nie wiem. Ludzie są wygodni, wolą nie przejmować się większymi problemami, niż zepsuty samochód czy wkurzający sąsiad. Sam jestem prepperem. Ludzie mierzą prepperów taką miarą, bo część przygotowuje się na apokalipsę, inni na atak zombie. Nie neguje tego, bo ich przygotowania pomogą im i w innych bardziej realnych zagrożeniach. Widać to po pogodzie, że klimat wpływa na nasze życie, a prepper ma dodatkową latarkę w domu, zapas wody, baterii i jest przygotowany, chociażby na kataklizm.

Preppersi nie przygotowują się tylko na wojnę, ale myślą, przygotowują plan na każde zagrożenie. Pożar, powódź, zamieszki, demonstracje, wichury, ataki terrorystyczne to paradoksalnie rzeczy, które mogą dotknąć każdego z nas, a nie są tylko w filmach. Czy można zmienić taki pogląd, tak! Zapraszam na zlot preppersów, by pogadać z nami, dużo świetnych prelekcji, no i masa wspaniałych ludzi.

JR: A Ty sam bardziej czujesz się podróżnikiem, bushcraftowcem czy preppersem?

PK: Czuję się po trochu każdym z nich, bo każda z tych stref definiuje mnie jako osobę. Bushcraftowcem czuję się najmniej, mimo że najwięcej czasu spędzam w lesie. Sam bushcraft jak wskazuje słowo to tworzenie w lesie, tworzenie i przystosowanie do życia. Kocham las i od czasu do czasu coś podłubię, lecz gdybym chciał uczciwie powiedzieć, że jestem bushcrafterem na 100%, to spędzałbym czas w lesie bardziej aktywnie – tworząc długoterminowe schronienie, narzędzia, szukając jedzenia czy tworząc je prymitywnymi sposobami, a nie nowoczesnymi narzędziami i materiałami.

Czuję się podróżnikiem, bo mam co opowiadać ze swoich podróży i miejsc, które zobaczyłem; historie o ludziach, których poznałem, o dobrych i złych chwilach w drodze. Podróżowanie to mój sposób na ucieczkę od problemów dnia codziennego, od pracy, ale także na poznawanie nowych aspektów życia, nowych i obcych dla mnie religii, czy kultury. Gdybym miał nieograniczone środki i czas, byłbym ciągle w drodze. Chciałbym zobaczyć i poznać każde bardziej lub mniej ciekawe miejsce na Ziemi. Oczywiście mam priorytety i listę, co wcześniej, co później. Są miejsca, do których bardzo chciałbym wrócić, mimo iż tam byłem, mimo że są tysiące kilometrów ode mnie, mimo że już je poznałem – chciałbym tam wrócić i jeszcze raz poznać to, co już poznałem.

Dopóki będę mógł, będę w drodze i myślę, że cały czas w niej jestem, bo będąc w pracy, w domu zawsze planuje, gdzie tym razem się udać lub wspominam już przebyte trakty. Bardzo mocno czuję się prepperem, pasja do bycia przygotowanym na każdą ewentualność oraz reagowania w kryzysowych sytuacjach jest też po części częścią mojej pracy. Przygotowanie logistyczne w postaci obmyślenia scenariusza działania na zagrożenie, przygotowanie siebie, ekwipunku to już styl życia, zawsze mam przy sobie swoje EDC i apteczkę, bo wiem, jak bardzo jest potrzebna, nie tylko przy skaleczeniu… w poważniejszym wypadku potrafi uratować życie komuś lub mi.

JR: Czyli jesteś zawsze w pełnej gotowości?

PK: Staram się. Wyjście na spacer z psem kończy się wzięciem latarki, noża i pozostałej części ekwipunku, który zawsze mam ze sobą. Gdy jadę gdzieś dalej samochodem lub na kilka dni, samochód nie jest przygotowany tylko na brak oleju, czy awarie, ale na większe niebezpieczeństwa: mam w środku zapas wody, podstawową rację jedzeniową, siekierkę czy plandekę lub koce. Denerwuje mnie pogląd, że preppersi to ludzie śmieszni, bo szykują się na apokalipsę. Podczas małych katastrof dnia codziennego, my jako preppersi damy sobie radę z powodu pasji, jaką mamy oraz dzięki umiejętnościom, jakie zdobywamy, i scenariuszy, jakie przygotowujemy. Na apokalipsę Zombie szykujemy się teoretycznie ;) Jesteśmy przygotowani na niespodziewany pożar, wypadek, powódź, zamieszki itp. Coś, co każdy z nas zna, często z historii własnego życia. My jako preppersi jesteśmy bardziej przygotowani teoretycznie i praktycznie na zaradzenie problemowi w danej chwili z powodu przygotowania czy posiadanego sprzętu. Apteczka ratuje życie, nóż nie tylko służy do ataku, krzesiwem, jeśli się umie, rozpali się szybko ogień. Posiadanie umiejętności i ćwiczenie ich, zdobywanie doświadczenia to podstawa życia preppersa. Wszystkie moje pasje łączą się i pokrywają, mieszają się i uzupełniają, przez co stają się jedną i tą samą pasją – uwielbieniem czynnego spędzania czasu na świeżym powietrzu.

JR: Myślisz zatem, żeby przekształcić swoją pasję w źródło dochodu? Czy boisz się, że możesz stracić do tego zapał?

PK: Nie miałbym pomysłu jak. Nie mam jeszcze dostatecznej wiedzy, by szkolić ludzi, są rzeczy, które mógłbym robić i przy okazji czerpać ogromną satysfakcję z pracy, takie jak opiekun schroniska górskiego, pracownik PTTK, czy pilot wycieczek. Pewnie, że się boję, ale warto ryzykować dla marzeń.

JR: Tradycją jest, że na koniec każdego wywiadu osoba, z którą rozmawiam, ma swoje „5 minut” i może powiedzieć wszystko; żadnych ograniczeń – czysty freestyle ;) Co chciałbyś przekazać Czytelnikom?

PK: Nie bójcie się próbować, podróżować, smakować życia. Wiadomo, każdy lubi co innego, bardziej lub mniej aktywny wypoczynek. Ważne jest, by był on jak najwięcej poza domem czy chociaż w okolicy związanej z domem lub pracą. Czy to będzie opalanie nad Bałtykiem, kajaki na Mazurach, wędrówki po Macedonii, czy zwiedzanie opuszczonych budynków w Czarnobylu lub berlińskiego metra. Wiadomo, w domu najlepiej, ale czasem trzeba za nim zatęsknić. Autobusem, samochodem, rowerem, kajakiem, pieszo. Po prostu ruszaj w drogę.

Rozmawiała: Joanna Rassmus
Zdjęcia: Patryk „Qki” Kwela
www.instagram.com/qkimoonster

Pokaż więcej wpisów z Lipiec 2017
Przeczytaj pozostałe artykuły
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel