Eskapada Travel: Dzień z Angkor Wat

2018-02-12
Eskapada Travel: Dzień z Angkor Wat

„Wschód słońca na tle świątyni Angkor Wat to coś, co zapamiętasz do końca życia. Musisz to koniecznie zobaczyć!” Każdy kierowca tuk-tuka w Siem Reap mówi to samo i zachęca, że przyjedzie po mnie kwadrans przed piątą rano. Jakoś się do tego nie palę i grzecznie, z uśmiechem na twarzy każdemu z osobna odpowiadam, że może innym razem. Rzeczywistość jak to często bywa, odbiega znacznie od obietnic lokalnych kierowców. Na tą „jedyną w swoim rodzaju atrakcję” skoro świt są zwożone tłumy. Ścisk, harmider, mało miejsca. A słońce ma to do siebie, że wschodzi zawsze. Niestety nie zawsze masz okazję to zobaczyć. Bo jak niebo zachmurzone, to ze spektaklu nici. Czasem się trafi dobra pogoda. Ale dużo częściej się jednak nie trafi. Ale jak zapytasz tych co byli to każdy pieje z zachwytu „awazing!, awesome!, the best day in my live!”.

Mało kto otwarcie przyznaje się, że była to strata czasu, bo pogoda średnia, a ilość ludzi przeokrutna. Ja jednak wypożyczam z kumplem rowery i jedziemy po śniadaniu. Ogrom ludzi. Setki, może nawet tysiące. Kumplowi strzela łańcuch niedaleko świątyni Bayon. Momentalnie robi się gęsto od tuk-tuków. Każdy oferują swoją pomoc. Za jedyne 20 dolarów zawiozą do miasta do wypożyczalni. Za tyle to chyba można by ze trzy takie rowery kupić. Nikt oczywiście nie ma narzędzi. Po godzinie podchodzi jakiś starszy pan. Życzliwa dusza. Mówi, że jakiś kilometr dalej jest coś w rodzaju warsztatu. Dwóch młodych chłopaków uwija się jak w ukropie. Wymieniają dętki od rowerów, naprawiają motory i takie tam. Kolejka spora, więc czekamy kolejną godzinę. Ale fachmistrz naprawia łańcuch bardzo solidnie. Kumpel przestaje kląć na czym świat stoi i pomstować na dyletanctwo pani z wypożyczalni, stary rower i na wszystkich wokoło, którzy sprzysięgli się przeciwko niemu i nie chcieli pomóc.

Po kilku godzinach wspólnego pedałowania pomiędzy ruinami mój kamrat wraca do miasteczka a ja jadę dalej, żeby zrobić całą pętle i zobaczyć resztę świątyń. Nie zraża mnie nawet ulewa, która się zerwała. Nawet była to przyjemna odmiana po kilku dniach wysokiej temperatury i zaduchu. Po drodze spotykam kilku miejscowych, którzy gdzieś przy moście zarzucają jakieś sieci, nurkują i łowią ryby. Od razu częstują mnie lokalnym bimberkiem nalanym do odciętej plastikowej butelki, która został przerobiona na kieliszek. Chcieli żebym został z nimi dłużej, ale niestety nie chciałem wracać do miasta wężykiem.

W końcu miałem rower, który i bez tego ledwie jechał. Wieczorem wracam do Siem Reap. Miasto totalnie pod turystów. Hotel na hotelu. Największą rzekomo jego atrakcją jest ulica o jakże wymownej nazwie „Pub Street”. Miejscowi szybko pojęli, że łatwy zarobek na ludziach z zachodu jest wtedy, kiedy mają oni sporo knajpek gdzie mogą zabalować i upić się w sztok. Nawet pójście do „nocnego marketu” rozczarowuje. Próżno szukać tam lokalnego rękodzieła. Cała gama różnorodnych produktów oraz „unikatowych” suwenirów z etykietką „made in china”. Do tego jeszcze stragany zapchane niezliczoną ilością lepszych lub gorszych „podróbek”. Tania odzież mizernej jakości. Mnie to miasto nie zachwyciło. Wręcz przeciwnie, bardzo szybko chciałem stamtąd uciekać. Ale mimo wszystko kompleks świątyń Angkor wart jest obejrzenia. Misterne zdobnictwo płaskorzeźb na ścianach momentami potrafi zachwycić. Niektórym na cały kompleks wystarcza jeden dzień. Innym dwa-trzy, choć są i tacy, którzy uważają, że nawet tydzień to mało. Najlepiej sprawdzić samemu. Ja szybko uciekłem na prowincje. Tamta Kambodża podobała mi się zdecydowanie bardziej.

Pokaż więcej wpisów z Luty 2018
Przeczytaj pozostałe artykuły
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel